Królewskie odwiedziny

Tam, gdzie dziś rozciągają się żyzne pola i owocują piękne sady należące do mieszkańców Miedzechowa, dawno temu szumiała nieprzebyta puszcza. Panujący wówczas król Kazimierz, zwany Wielkim, który każdegho roku wraz z towarzyszącym mu dworem, objeżdżał podległe mu ziemie, przybył na Mazowsze i pewnego słonecznego dnia ruszył wraz z drużyną rycerzy na polowanie. Zachwycony pogodą, pełen nadziei na udane łowy w mazowieckiej puszczy raźno ruszył przed siebie. Koń niósł go jak wicher. Młody władca nawet nie zauważył, że jest sam, w nieznanym miejscu. Kiedy jego rumak nieco zwolnił, Kazimierz zaczął rozglądać się wokoło, nawoływać, ale odpowiadał mu tylko szum niebotycznych dębów i śpiew ptaków.
W pewnej chwili zza drzew wyskoczyła gromada rozbójników. A trzeba wiedzieć, że w tamtych, odległych czasach, było ich w lasach pełno. Otoczyli króla, ściągnęli z konia, poturbowali, związali postronkiem i zabrawszy pięknego rumaka oraz kuszę, którą zabrał na polowanie, zniknęli w gęstwinie.
Kilka godzin później przechodziła tamtędy staruszka zbierająca jagody i grzyby. Nie rozpoznała ona w związanym człowieku króla. Daremnie próbował jej wytłumaczyć, że napadli go zbóje. Kobieta była wystraszona i nie odpowiadała na pytania, ale rozcięła krępujące Kazimierza więzy i nim obejrzał się, już jej nie było widać.
W lesie było duszno, upał wzmagał się, pragnienie i głód coraz bardziej dokuczały królowi. Wtedy przypomniał sobie, że w młodzieńczych latach potrafił doskonale wspinać się nawet na najwyższe drzewa. Rozejrzał się wokół siebie i dostrzegł ogromny dąb, na którego pień udało mu się wdrapać. Kiedy był niemal u wierzchołka, spojrzał wokoło i ujrzał nieopodal małą osadę, a tuż przy niej uprawne pola poprzecinane miedzami. Z kominów wysoko w niebo wzbijał się dym, widocznie w chatach przygotowywano posiłek.
Zsunął się z drzewa, powędrował w kierunku wsi i niebawem stanął na jej skraju. Mieszkańcy nieufnie patrzyli na przybysza, którego ubranie było poszarpane, a on sam ubrudzony i uznojony. Ale jak nakazywał stary, słowiański jeszcze zwyczaj ugoszczenia wędrowca, podali mu jadło, napój i pozwolili spocząć pod dachem.
Znużony król zasnął kamiennym snem, a nazajutrz rano opowiedział kim jest i jaka spotkała go przygoda. Podziękował kmieciom za gościnę i obiecał otoczyć opieką.
Tymczasem w orszaku królewskim panował ogromny niepokój. Powiadomiona o zniknięciu małżonka królowa rozesłała we wszystkie strony zbrojne drużyny, by szukały władcy. Kazimierz zaś w tym czasie zaprowadził mieszkańców na skraj lasu, pokazał miedze oddzielające pola i rzekł: „Tutaj mój wzrok spoczął, gdym zgubiony szukał ludzkich siedzib. Te miedze zachowajcie i w tymże miejscu budujcie dalej piękną osadę. Nazwą jej będzie Miedzechowaj.”
Wtem zza gęstej ściany puszczy wynurzył się orszak rycerzy, którzy na widok swego władcy wydali okrzyki szczęścia i zadowolenia. Otoczyli króla zwartym kołem wypytując, co się stało. Wkrótce król i jego rycerze odjechali, ale wśród mieszkańców osady długie lata wspominano jego pobyt. Wieś rozrastała się i piękniała, z czasem zmieniła nazwę z Miedzechowaj na Miedzechów. Zniknęła puszcza mazowiecka, ziemię pokryły sady owocowe, tylko ludzie tu mieszkający są tak samo pracowici i gościnni jak przed wiekami.

To już kolejna legenda pochodząca ze zbioru Wandy Szeląg pt. „Legendy krainy kwitnących jabłoni”, ale z pewnością nie ostatnia. Do zobaczenia za tydzień.