O woju Jasieniu, czyli jak to z Jasieńcem było…

Zastanawialiście się kiedyś skąd się wzięliśmy tu, na tych mazowieckich równinach? W krainie kwitnących wiśni i jabłoni? Okazuje się, że nasza historia całkiem barwnie się kształtuje na przestrzeni wieków, a jak podają źródła historyczne pierwsze wzmianki o Jasieńcu sięgają nawet roku 1208. Postanowiliśmy więc w kolejnym cyklu przybliżyć Wam pradawne dzieje naszej Małej Ojczyzny, a zaczniemy oczywiście od Jasieńca.
Chcecie bajki? – oto bajka …

„W niewielkim obronnym grodzie w Lewiczynie panowało ożywienie. Właśnie z wojennej wyprawy, która zakończyła się zwycięstwem, powrócili wojowie ze swym kmieciem. Radość panowała wśród zmęczonych wojowników i mieszkańców podgrodzia. Nie tylko przywieźli łupy, ale i niewolników, którzy przydadzą się do rozlicznych ciężkich prac. Położony na niewielkim wzniesieniu gródek leżał tuż przy trakcie, którym nie tylko wędrowali kupcy, ale przybywali także żądni łupów, nieproszeni goście. Dlatego dzień i noc na strażniczych wieżach stały czujki, które pilnie rozglądały się wokoło i wypatrywały czy nadchodzi wróg lub czy z odległych strażnic dawane są ostrzeżenia o jakimś niebezpieczeństwie. Teraz spokój panował wokoło, więc kmieć zebrał starszyznę w dużej izbie swego dworu i rozważał, kogo nagrodzić za zasługi oddane w czasie bitwy. Taki był bowiem obyczaj, że najdzielniejsi otrzymywali ziemię, łupy, a czasem nawet niewolników, by na nowo nadanej ziemi pracowali dla swego pana.
Nikt nie miał wątpliwości, że tym razem najbardziej na nagrodę zasługuje młody woj o imieniu Jasień. Nie tylko bil dzielnie, zagarnął najwięcej łupów i jeńców, ale ocalił życie kmiecia, któremu zagrażał oszczep nacierającego wroga. Wezwany młodzieniec wszedł do izby, nisko pokłonił się starszyźnie grodowej i z radością wysłuchał, że został obdarowany ziemią. Marzył o tym od dawna, więc rychło spakował sakwy podróżne i razem z grupką kompanów oraz gromadką jeńców wyruszył w drogę tam, gdzie miała być jego siedziba.
Pełni zapału nowi osadnicy obejrzeli dokładnie okolicę, wybrali dogodne miejsce pod budowę chat i obronnego siedliska. Praca wrzała od świtu do nocy. Rytmicznie pohukiwały siekiery, słychać było śmiechy i pogwarki. Budulca pod nową osadę nie brakowało, bo wokół szumiały puszczańskie bory. Wieczorami, gdy strudzeni budowniczowie zasiadali przy ogniskach, rozlegały się przyśpiewki lub słuchano najstarszego z gromady, który snuł, zasłyszane od innych, opowieści o pradawnych czasach.
Tak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem i nim się kto obejrzał, wyrosły nowe chaty, a wysoki wał ziemny bronił przystępu do nowego siedliska. Na wieżach dzień i noc bezpieczeństwa gromady pilnowali dobrze przygotowani strażnicy. Coraz więcej ludzi porzucało puszczańskie siedziby i przenosiło się w pobliże Jasienia, gdzie czuli się bezpieczniej. Osada rozrastała się, zaczęto ją nazywać od imienia woja – Jasieńcem …”

A tych, których interesuje ciąg dalszy losów dzielnego Jasienia i jego osady zapraszamy za tydzień, na kolejną odsłonę naszej opowieści. Niecierpliwym zaś podpowiadamy, że legenda ta, tak jak i wiele innych nie mniej interesujących, zaczerpnięta została z książki „Legendy Krainy Kwitnących Jabłoni” Wandy Szeląg.