Zatopiony kościół

W ostatniej przed wakacjami odsłonie naszych „historycznych” bajdurzeń legenda z Wierzchowiny. Mało prawdopodobna, acz podobno w każdej bajce ziarnko prawdy jest, wiec może i rzeczywiście coś jest na rzeczy? A było to tak:

Niedaleko Jasieńca jest wieś Wierzchowina, a tuż przy niej rozciąga się, dziś już mocno zarośnięta trawą, podłużna sadzawka. Ale nie zawsze tak było. Starzy ludzie opowiadają, że dawno temu był to duży, bardzo głęboki staw, o niezwykle czystej, krystalicznej wodzie. Z kąpieli w nim korzystali tylko ci, którzy naprawdę umieli dobrze pływać. Wśród miejscowej ludności krąży przekonanie, że powstał na miejscu, gdzie kiedyś stał kościół, który się zapadł.
A było to tak. We wsi Wierzchowina stał malutki, ubogi, drewniany kościółek, do którego na msze uczęszczali niezamożni mieszkańcy tej wioski. Bogaci jeździli do pięknej, murowanej świątyni w Jasieńcu.Wśród biednych, często głodnych, znękanych kłopotami mieszkańców Wierzchowiny zaczęła się szerzyć nagminnie choroba zwana suchotami. Niemal w każdej chacie ktoś na nią zapadał. Ci, którzy jeszcze byli zdrowi bali się wychodzić z domu, unikali sąsiadów, żeby nie przynieść zarazy do własnej chaty. Smutek panował we wsi i przygnębienie. Jedynie do kościoła szli ludzie bez obawy, wierzyli bowiem, że święcona woda, którą ich ksiądz pokropi, odwróci od ich nieszczęście i doda sił.
Pewnego dnia przyszedł do kościoła człowiek, który zabił swego brata, aby zagarnąć jego ziemię. Mieszkańcy wsi wiedzieli, że to zabójca, ale milczeli, gdyż każdy bał się, aby jego nie spotkał podobny los.Kiedy ksiądz zaczął kropić wiernych, nagle woda odwróciła swój lot i krople powracały do naczynia. Struchlały z przerażenia tłum wiernych stał pobladły w milczeniu.Wtedy kapłan krzyknął, aby złoczyńca się ujawnił, ale ten milczał jak głaz. Wówczas proboszcz wzniósł ręce w górę i gromko zawołał – „Niech cię ziemia pochłonie.” Głucha cisza panowała przez mgnienie oka i nagle cały kościół zapadł się pod ziemię, a wraz z nim morderca, kapłan i ci, którzy wiedzieli o morderstwie, ale z tchórzostwa milczeli.
Tam, gdzie dotychczas stał ubogi kościółek, pojawił się bardzo głęboki staw, a nad jego brzegami zakwitły różnobarwne kwiaty i wyrosły trzciny.
Minęły lata. W chatach ucichł płacz, czas utulił tęsknotę po najbliższych, którzy zapadli się wraz z kościołem. z okolicy znikła zaraza. Tylko od czasu do czasu po okolicznych wsiach rozchodziła się wieść, że ten i ów przechodząc koło stawu słyszał bijące dzwony.Szczególnie często zdarzało się to około Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Opowiada się także, że kiedyś, gdy minie czas kary za tchórzliwe przemilczenie winy owego zabójcy, pewnej nocy kościół wynurzy się z głębiny i dawni mieszkańcy powrócą do swych domostw i rodzin.